Dzisiaj zapraszam na rozpisany dzień po dniu plan wyjazdu na roadtrip po północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, czyli Pacific Northwest. Odwiedzimy północną Kalifornię, Oregon i Waszyngton. Dużo zieleni, gór, wodospadów, lasów deszczowych, latarni morskich, klifów i oczywiście wyjątkowych widoków. Chodźcie!

Zatęskniło mi się za USA i postanowiłam odkopać nasz plan podróży po Pacific Northwest i w końcu się nim z Wami podzielić! Ten roadtrip zrobiliśmy w czerwcu 2017 roku, zajął nam od wylotu z Warszawy do powrotu do Polski 19 dni, z czego na miejscu spędziliśmy pełne 16 dni. Z chęcią wydłużyłabym ten wyjazd, bo nie na wszystko starczyło nam czasu (jak zwykle), jednak nie umiałam zrezygnować z niczego po drodze.

Poniżej wyjazd opisany jest dzień po dniu, razem z naszymi uwagami i propozycjami zmian już po powrocie.

Warto podkreślić, że podczas tego wyjazdu pogoda była naszym średnim sprzymierzeńcem. Po pierwsze zima 2017 na Pacific Northwest (w całych Stanach zresztą też) była wyjątkowo długa i śnieżna, przez co niestety część atrakcji musiała zostać wykluczona z planu z powodu zalegającego śniegu (w czerwcu!). Już będąc w trasie nie mieliśmy pewności, czy wszystkie drogi, którymi chcieliśmy przejechać będą już otwarte. Niektóre rzeczy musieliśmy zmieniać na bieżąco. Po drugie, podczas powrotu wybrzeżem i pięknymi trasami widokowymi nad oceanem trafiliśmy na straszne wichury i ulewy, które również pokrzyżowały nam trochę planów. No, ale nie ma tego złego – w ostatecznym rozrachunku nie żałujemy niczego i chętnie byśmy tam wrócili.

Plan wyjazdu dzień po dniu

2 czerwca – czas start!

Trasa zaczyna się i kończy w San Francisco, lądujemy tutaj ok. 13:00. Z perspektywy czasu polecam wylecieć i przylecieć trochę później – rano się wyśpicie, a po przylocie można iść prosto do łóżka odpoczywać przed kolejnym dniem. Po wylądowaniu o 13:00, odebraniu samochodu, podjechaniu do hotelu i krótkim spacerze na obiad – o 17:00 byłam tak zmęczona, że marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Z tego powodu zwiedzanie w tym dniu nie ma sensu.

Pierwszą i ostatnią noc tego wyjazdu spędziliśmy w San Francisco w hotelu Nob Hill Motor Inn. Polecam ze względu na lokalizację i dobry stosunek jakości do ceny. W hotelu jest także bezpłatny parking, samochody nie stoją bezpośrednio przy ulicy. Było to dla nas ważne, a ceny parkingów w centrum SF najczęściej wynoszą 40-70 USD za dobę!

Yoda Fountain

Yoda Fountain

3 czerwca – zakupy i ruszamy na północ

W pierwotnym planie pierwszego dnia chcieliśmy odwiedzić Park Narodowy Lassen Volcanic, ale wspomniana długa zima szybko nam to zweryfikowała. Zamieniliśmy to na trasę bardziej prosto na północ i spędzenie czasu w okolicy pięknej Mount Shasta. Ale jak to z planami bywa – znowu musiały się trochę zmienić. Poranne sprawunki, czyli szybkie zakupy i odbiór śpiworów ze sklepu ze sprzętem campingowym zostały wydłużone o dodatkową wycieczkę do wypożyczalni aut na lotnisku w Sacramento (dla którego musieliśmy nadłożyć trochę drogi). Okazało się, że w naszym wypasionym i napchanym elektroniką Audi Q3 Quattro (do którego dostaliśmy upgrade dzień wcześniej) nie działają gniazda zapalniczek, które są nam niezbędne podczas całej podróży. Pierwszy raz mieliśmy jakikolwiek problem z autem, ale na szczęście bez problemu wymienili je nam na Infinity XC70.

Czas trochę nam się skurczył, ale wreszcie mogliśmy ruszyć w trasę. I tylko po drodze było mi szkoda, że musieliśmy odpuścić wizytę w jaskiniach na jeziorze Shasta, a samo jezioro i okolica prezentowały się pięknie! Mount Shasta niestety spowita jest chmurami, ale i tak wygląda malowniczo. Wieczór i noc spędzamy w wyśmienitych nastrojach na bardzo fajnym campingu w McArthur Burney State Park, gdzie dojeżdżamy już po zmroku.

Mt Shasta

Po prawej przykryta chmurami Mt Shasta

4 czerwca – McArthur-Burney State Park, Crater Lake National Park

Rano znowu walczymy z samochodem (!) – tym razem nie domyka się nam klapa od bagażnika. Po straceniu mnóstwa czasu na telefonie z Alamo decydujemy, że spróbujemy dojechać na lotnisko w Medford, żeby kolejny raz zmienić auto. Samochody na tym wyjeździe są zdecydowanie przeciwko nam.

Przed opuszczeniem campingu idziemy na niedługi spacer nad wodospady McArthur-Burney Falls, których szum słyszeliśmy przez całą noc (camping leży bardzo blisko od nich!). Wymieniamy auto na czarnego dostojnego Dodge’a Traversa, który już do końca podróży sprawował się świetnie. W dodatku dzięki tylnym siedzeniom rozkładanym na płasko kilka razy mogliśmy spać w samochodzie zamiast w namiocie w ulewnym deszczu.

Jedziemy nad Crater Lake – przepiękne jezioro utworzone w kraterze wulkanu. Temperatura z 30 st. spada do 7 st., a zalegający śnieg pozwala przejechać tylko niewielki fragment trasy wokół jeziora, ale w ogóle nam to nie przeszkadza – widok jest fenomenalny.

Noc spędzamy na niemal pustym campingu typu walk-in, czyli bez rezerwacji nad jeziorem, na Diamond Lake Campground.

Crater Lake

Park Narodowy Crater Lake

Mount Thielsen

Mount Thielsen

Diamond Lake Campground

Camping nad Diamond Lake

5 czerwca – przez krajobrazy Oregonu w drodze do Portland

Rano już wiemy, dlaczego na campingu nie było prawie nikogo. Termometr w samochodzie o 7 rano pokazuje 3 stopnie, w nocy musiało być jeszcze mniej. Niby mamy dość ciepłe śpiworki, jednak ja strasznie zmarzłam. Jedynie widok na jezioro i ośnieżone szczyty po drugiej stronie mi to wynagrodził.

Jesteśmy już w Oregonie, dzisiaj podróżujemy przez okoliczne zielone lasy i góry w poszukiwaniu wodospadów. Cały dzień trasy są bardzo malownicze. Oglądamy 100metrowy Salt Creek Falls i skryte wśród porośniętych mchem leśnych ścieżek Sahalie Falls i Koosah Falls. A na koniec odwiedzamy Silver Falls State Park, gdzie znajduje się 8-milowa trasa z 10 wodospadami po drodze. Docieramy tam na tyle późno, że robimy tylko krótki trek do jednego z nich: Winter Falls, ale za to jakiego! Bardzo podoba nam się klimat oregońskich lasów, ponadto nie spotykamy tam zbyt wielu ludzi.

Późnym wieczorem docieramy do Portland, gdzie zatrzymaliśmy się w hotelu Park Land Suites & Inn. Znajduje się w niezłej lokalizacji, niedaleko od centrum i ogrodu różanego. Mają bezpłatny parking, ale niestety nie serwują śniadań, a w bliskiej okolicy nie ma zbyt wielu restauracji.

Koosah Falls

W drodze do Koosah Falls

Koosah Falls

Koosah Falls

Silver Falls State Park

Jeden z wodospadów w Silver Falls State Park

6 czerwca – Portland

Cały dzień spędzamy w Portland. Spacerujemy po centrum, idziemy nad rzekę, na Pioneer Square (w remoncie – coś zawsze musi być w remoncie), robimy zakupy, słuchamy koncertu na ulicy, który odbywa się w ramach trwającego właśnie Rose Festival, jemy pyszne rzeczy i próbujemy lokalnych piw. Odwiedzamy także słynną Powell’s Books – księgarnię z nowymi i używanymi książkami, w której mogłabym zamieszkać. Portland do miasto róż, więc po południu idziemy do International Rose Test Garden, czyli ogrodu różanego, w którym od różnych gatunków róż może się dosłownie zakręcić w głowie.

Portland

Pomnik Portlandii

Portland

Ogród Różany w Portland

7 czerwca – Columbia River Gorge, Mt Hood

Podróż doliną rzeki Columbii w tym miejscu to jeden z punktów obowiązkowych. Zaopatrzeni w mapkę jedziemy podziwiając widoki i zatrzymując przy kolejnych punktach widokowych i licznych wodospadach. Najsłynniejszy z nich (i ten najbardziej zatłoczony) to oczywiście przepiękny Multnomah Falls, ale na tej trasie podoba nam się jeszcze wiele innych miejsc. Idziemy kawałek rzeką w kanionie Oneonta Gorge, który wygląda bardzo tajemniczo i magicznie. Trasę Columbia River Gorge kończymy przy moście Bridge of the Gods, przy którym Reese Witherspoon kończy swoją podróż w filmie „Dzika Droga” (choć stąd do końca Pacific Crest Trail jeszcze długa droga).

Kontynuując tego dnia wątek filmowy skręcamy na południe, objeżdżamy górującą nad nami Mount Hood i docieramy do Timberline Lodge – pensjonatu, którego fasada grała w filmie „Lśnienie”. Na ten widok robi nam się trochę nieswojo, ale w środku znajduje się bardzo przyjemny pensjonat wykończony drewnem.

Ruszamy znowu na północ, po drodze zatrzymujemy się w przyzwoitym Lewis River Inn w Woodland. Pokoje są przyjemne, a na śniadanie można sobie zrobić gofry!

Multnomah Falls

Multnomah Falls

Mt Hood

Widok z Timberline Lodge na Mount Hood

8 czerwca – Mt Rainier National Park, North Bend

Od rana pogoda nam nie sprzyja – siąpi deszcz i nie wygląda na to, żeby miało przestać, bo całe niebo szczelnie zakryte jest chmurami. Mimo to postanawiamy realizować plan i ruszamy do Mount Rainier National Park. Niestety nadal nie da się przejechać całego parku samochodem, bo część dróg nie jest jeszcze odśnieżona i omija nas wiele pięknych widoków, ale przy tej pogodzie to szczerze mówiąc nie robi to zbyt dużej różnicy. Zajeżdżamy do Visitor Center, a potem idziemy poleconą nam trasą do wodospadów. Trasa całkiem przyjemna (jak na wycieczkę w siąpiącym deszczu), ale po tym co przez ostatnie dni widzieliśmy w Oregonie –  wodospady totalnie nas rozczarowały. Przemoczeni ruszamy do Paradise Inn, który znajduje się w samym centrum parku, w bliskiej odległości od samej Mount Rainier. Niestety nie mamy pojęcia jak góra wygląda na żywo, bo przez cały dzień nie ukazał nam się nawet jej najmniejszy skrawek. Za to zwierzaków w parku było sporo – w drodze powrotnej spotykamy swojego pierwszego susła!

Postanawiamy ruszać w kierunku North Bend, czyli serialowego Miasteczka Twin Peaks, w którym byliśmy już 2 lata wcześniej. Tym razem jednak szalejemy i zatrzymujemy się na noc w Salish Lodge & Spa – tak, to TEN hotel w czołówki serialu. Docieramy w miarę wcześnie, więc po drodze oglądamy jeszcze kilka serialowych miejscówek, które ominęliśmy poprzednim razem. Tuż przy hotelu idziemy na punkt widokowy na wodospad i hotel i oglądamy nasz najpiękniejszy zachód słońca w życiu!

Mt Ranier National Park

Mt Ranier National Park

Snoqualmie Falls

Epicki zachód słońca w Twin Peaks, czyli Snoqualmie Falls i hotel Salish Lodge & Spa

9 czerwca – serialowo: Twin Peaks, Przystanek Alaska, droga przez Waszyngton

To będzie zdecydowanie serialowy dzień!

Śniadanie jemy w The Roadhouse, które także grało w Twin Peaks, a potem ruszamy na mały objazd po miasteczku. Zaglądamy do serialowego komisariatu, na most, i oczywiście na kultową kawę i ciasto z wiśniami do Twede’s Cafe, czyli serialowego RR Diner. Sprawdzamy, że tablica wjazdowa do miasteczka faktycznie stoi tam gdzie w czołówce serialu – zamontowano ją z okazji emisji długo wyczekiwanego 3. sezonu serialu, który właśnie rusza.

Kolejnym punktem na dzisiaj jest leżące nieopodal miasteczko Roslyn grające Cicily z serialu Przystanek Alaska. Tak, tak, tego serialu wcale nie nagrywano na Alasce, ale w stanie Waszyngton. Pierwsze kroki kierujemy do gabinetu dr Joela Fleischmanna, a w zasadzie do znajdującego się tutaj obecnie sklepu z pamiątkami, który był zamknięty, jak byliśmy tu 2 lata temu. Lunch jemy w The Brick, czyli w serialowym barze Hoolinga. Byliśmy tu 2 lata temu, teraz nasze telefony automatycznie połączyły się z tutejszym wifi 🙂 Fajnie wracać w takie miejsca!

Ruszamy dalej na północ, wieczorem docieramy do Winthrop, gdzie nocujemy na fajnym campingu Pine Near Park.

Twin Peaks

Twin Peaks

Przystanek Alaska

Przystanek Alaska

10 czerwca – Winthrop, North Cascades National Park, La Conner

Dzisiaj czeka nas przejazd przez North Cascades National Park, czyli park narodowy Północnych Gór Kaskadowych. Ale najpierw robimy spacer po Winthrop – co za świetne miasteczko! Wygląda jak żywcem wyjęte z Dzikiego Zachodu. Pełno tu sklepików i knajpek osadzonych w klimatycznych drewnianych budynkach wzdłuż głównej ulicy. Żałujemy, że nie dotarliśmy tu przed zmrokiem dzień wcześniej, bo poszlibyśmy sobie na jakąś fajną kolację.

Ruszamy do North Cascades. Trasa jest przecudowna, bardzo malownicza. Przemierzamy Washington Pass, ta przestrzeń z punktu widokowego jest niesamowita! W samym North Cascades najważniejszym dla nas punktem jest Diablo Lake, które o tej porze roku ma wyjątkowy niebieskozielony kolor spowodowany skalnym pyłem spływającym okolicznymi strumieniami spod pobliskich lodowców.

Pod wieczór dojeżdżamy nad zatokę Puget Sound, do miejscowości La Conner. Zatrzymujemy się właśnie tutaj, w hotelu La Conner Country Inn, bo mamy stąd 3 kroki do przystani, z której rano wypływamy w rejs!

Winthrop

Winthrop

North Cascades National Park

Diablo Lake

11 czerwca – rejs po Puget Sound, Seattle

Dzisiaj rejs w poszukiwaniu orek, wielorybów, fok i innych zwierzaków w zatoce Puget Sound! Zależało nam na tego typu rejsie, bo mieliśmy nadzieję na bliższe (ale jednak niezbyt bliskie) spotkanie z orkami, które są widziane w tych rejonach w czerwcu. Wybraliśmy taką wycieczkę, która będzie ciekawa nawet jeśli nie spotkamy żadnego wieloryba, ani orki.

Wypływamy z La Conner o 9 rano z ekipą, która nie dość, że ciekawe opowiada o mijanych miejscach, florze i faunie to do tego wplata w to abstrakcyjne żarty i sucharki (bardzo w stylu Przemka 😉 ). Po drodze mijamy mosty na Deception Pass (które wyglądają dużo lepiej z poziomu wody niż lądu), a na lunch dopływamy do miasteczka Friday Harbour na wyspie San Juan. Jedną z opcji, którą rozważałam podczas planowania wyjazdu było dopłynięcie tam promem i nocleg oraz zwiedzanie okolicznych wysp archipelagu, ale ostatecznie z braku czasu postanowiliśmy połączyć to z rejsem na wieloryby. Droga powrotna wiedzie przez zatokę, po drodze spotykamy kilka wielorybów, maskonury, foki, orły i wiele innych zwierząt. Jest super, ale orek niestety nie ma.

Po powrocie do La Conner ruszamy w stronę Seattle. Pierwszy przystanek to Ballard Locks – kompleks śluz wodnych pomiędzy słonymi wodami zatoki Puget Sound a słodkim jeziorem Waszyngtona. Przyjechaliśmy tu jednak po to, aby obejrzeć drabinę dla ryb fachowo po polsku nazywaną przepławką (a po angielsku fish ladder). Jest to konstrukcja kilkunastu komór wbudowana w system śluz, która pozwala wędrować łososiom w górę rzeki. Część z tych komór jest oszklona i pozwala na obserwację ryb walczących z prądem! Świetne miejsce!

Wieczór spędzamy w pubie Pike Brewing Company na Pike Market, gdzie 2 lata wcześniej świętowaliśmy moje urodziny – fajnie czasem wracać do takich miejsc!

W Seattle tym razem zatrzymaliśmy się w The Moore Hotel – polecamy ze względu na świetną lokalizację, możliwość zostawienia samochodu na pobliskim parkingu i cenę za pokój ze współdzieloną łazienką. Nie ma śniadań ani klimatyzacji, ale to nie miało dla nas znaczenia.

Deception Pass

Deception Pass

Friday Harbour

Friday Harbour na wyspie San Juan

Ballard Locks

Łosoś w Ballard Locks

12 czerwca – Seattle

Cały dzień poświęcamy na Seattle i to, czego nie udało nam się zwiedzić poprzednim razem. Zaczynamy od Muzeum Popkultury (Museum of Popculture, czyli MoPOP). Czujemy się trochę jak w Disneylandzie 😉 Już sam budynek z zewnątrz wygląda bardzo interesująco, za to w środku oglądamy rekwizyty i kostiumy z różnych filmów w salach z horrorami, filmami fantasy czy science-fiction. Zwiedzamy wystawę kultowych gitar wielkich muzyków pokroju Jimmiego Hendrixa czy Erica Claptona. Na środku wysokiego holu w muzeum stoi instalacja artystyczna składająca się z ponad 500 instrumentów! Czasowa wystawa o Muppetach jest dla nas wisienką na torcie. Dla geeków wizyta w tym miejscu jest obowiązkowa!

Tuż obok znajduje się Chihuly Garden of Glass, gdzie oglądamy fantastyczne szklane rzeźby artysty Dale’a Chihuly – tego samego, który odpowiada za kwiaty na suficie w hotelu Bellagio w Las Vegas. Wystawa robi na nas świetne wrażenie, polecamy!

Wracamy w okolice Pike Market, oglądamy słynną (i obrzydliwą) Gum Wall, czyli ścianę oblepioną zużytymi gumami do żucia i udajemy się na Pioneer Square – tam gdzie zaczęła się historia Seattle. Bierzemy udział w wycieczce po dawnych podziemiach Seattle, gdzie dowiadujemy się mnóstwa interesujących faktów o mieście i spotykamy kilka szczurów 😉 I to wszystko jest okraszone sporą dawką humoru i porządnego stand-up’u! Mega!

 

Museum of Popculture

Museum of Popculture

Seattle

Podziemia Seattle

13 czerwca – Kiana Lodge, Olympic National Park

Od rana ruszamy do Olympic National Park, ale po drodze zahaczamy jeszcze o jedno miejsce związane z Miasteczkiem Twin Peaks: Kiana Lodge. To pensjonat, którego wnętrza grały wnętrza hotelu The Great Northern. Znajdziemy tu także dom Packardów i… słynny pień, przy którym znaleziono zwłoki Laury Palmer! Tak, jest tutaj nadal – po 27 latach!

Wjeżdżamy do Parku Narodowego Olympic. Zatrzymujemy się na niedługi trek w okolicy Lake Cresent, a potem wjeżdżamy w lasy deszczowe. Jest wilgotno i mokro, lekko kropi deszcz – nie spodziewaliśmy się tutaj innej pogody. Nocujemy na campingu Sol Duc Falls w środku lasu, 20 km od drogi, którą można uznać za główniejszą (bo raczej nie główną). W małym resorcie tuż obok niego są baseny z gorącą źródlaną wodą – odmaczamy i nagrzewamy się tuż przed ich wieczornym zamknięciem. Rozkładanie namiotu i kolacja na campingu potem jest czystą przyjemnością.

Kiana Lodge

Pieniek z Twin Peaks

Merymere Falls

Na szlaku do Merymere Falls

14 czerwca – Olympic National Park

Nie odmawiamy sobie ponownej, tym razem porannej kąpieli w gorących źródłach, ale zaraz potem ruszamy na trek do wodospadów Sol Duc Falls. Jak na las deszczowy przystało nadal jest wilgotno, chłodno i siąpi deszcz. Następny punkt zwiedzania do Hoh Rainforest, gdzie robimy dwa treki: Hall of the Mosses i Spruce Nature Trail, oba są do siebie podobne. Ruszamy dalej, bo jeszcze spory odcinek przed nami. Docieramy do wybrzeża, do Ruby Beach. Na plaży jest mnóstwo drewna, tzw. float wood, czyli takiego wyrzuconego przez ocean. Dołóżcie do tego klify i wystające z wody skały – tak właśnie wygląda ta plaża!

Od teraz aż do San Francisco będziemy się starali jak najbardziej trzymać się wybrzeża. Po drodze obserwujemy przez lornetkę wieloryby i – czego jesteśmy niemal pewni – dostrzegamy płetwę orki! A przynajmniej bardzo chcemy w to wierzyć 🙂

Zaczyna padać i to ostro, na nasz camping w Long Beach docieramy bardzo późno, porzucamy ideę rozkładania namiotu i śpimy w samochodzie.

Sol Duc Falls

Sol Duc Falls

Hoh Rainforrest

Hoh Rainforrest

Ruby Beach

Ruby Beach

15 czerwca – Astoria, Newport

Pogoda rano bez zmian, o ile nie gorzej. Zapowiadali te ulewy od kilku dni – akurat wtedy kiedy my w planach mamy przejazd wybrzeżem… latarnie morskie, plaże, skały itd. W strugach deszczu i porywistym wietrze to nie wchodzi w grę. Plan modyfikujemy podczas śniadania z widokiem na wzburzony ocean, pustą plażę i targane wichurą przybrzeżne trawy.

Przekraczamy rzekę Columbię mostem Astoria-Megler, który ma ponad 6,5 km długości i jest najdłuższym kratownicowym mostem w Ameryce Północnej. Niestety przez pogodę bardzo słabo go widać. Tym samym opuszczamy stan Waszyngton i znowu jesteśmy w Oregonie. W Astorii postanawiamy spędzić czas w Columbia River Maritime Museum – to bardzo ciekawe muzeum opowiadające o rzece Columbii i bardzo trudnych warunkach do pływania dla statków panujących u jej ujścia. To tutaj z resztą nagraliśmy dla Was prognozę pogody:

Prognoza pogody według Przemka i Magdy

[PROGNOZA POGODY]Czy u Was też dzisiaj tak wieje?Pogoda ostatnio płata nam figle – nie tylko w Polsce. Z tej okazji mamy dla Was w pełni profesjonalną, najprawdziwszą prognozę pogody! Może lepiej, żeby się nie sprawdziła ;)Materiał nagrywany w Astorii w stanie Oregon, w Columbia River Maritime Museum, gdzie można spróbować swoich sił na green-screenie, jak w studiu telewizyjnym 🙂 Trafiliśmy tam przypadkiem, bo przez północno-zachodnie Stany przewalały się olbrzymie wichury i ulewne, nieustające deszcze, a my w planach mieliśmy tylko outdoorowe aktywności. Ciekawe miejsce, polecamy!

Opublikowany przez TroPiMy – Geeki Podróżniki Piątek, 30 czerwca 2017

Po wyjściu okazuje się, że przestało padać! Ochoczo zatem ruszamy na najbliższą plażę, na której znajduje się wrak statku Peter Iredale. Oczywiście jak tam docieramy to już znowu pada i do tego wieje złem, o wiatr można się opierać. Nie poddajemy się, Przemek owija aparat torebką foliową i wychodzimy. W prawdzie nasze spodnie i buty są całe w mokrym piachu i w ogóle piach mamy wszędzie, ale wrak zobaczyliśmy (choć z daleka 😉 ). Jednak resztę tego pięknego inaczej dnia postanawiamy spędzić na zakupach.

Dzisiaj nocujemy w Newport – w bardzo wyjątkowym hotelu: Sylvia Beach Hotel. To miejsce powinien odwiedzić każdy miłośnik książek. Pokoje nie mają tu numerów, a każdy z nich poświęcony jest innemu pisarzowi, np. Agathcie Christie, J.R.R. Tolkienowi, czy Jane Austen. My lądujemy w bardzo kolorowym pokoju Dr. Seussa. Co ciekawe w całym hotelu nie ma ani jednego telewizora, nie ma wi-fi, nawet w recepcji nie ma komputera! Jest za to wspólna sala kominkowa z biblioteką pełną książek i gier oraz kuchnią dla gości. A rano serwują śniadania na ciepło. Naprawdę wyjątkowe miejsce, polecamy!

Pete Iredale

Wrak statku Pete Iredale

Sylvia Beach Hotel

Sylvia Beach Hotel

Sylvia Beach Hotel

Nasz pokój Dr Seuss w Sylvia Beach Hotel

16 czerwca – Oregon Pacific Coast

Nadal podążamy na południe. Przestało padać, choć nadal niestety jest pochmurno. Zatrzymujemy się w pobliskiej latarni Yaquina Head Light, obok jest ciekawa plażą Cobble Beach. Jest odpływ, więc na plaży wśród skał ukazały się baseny odpływowe, w których można oglądać różne oceaniczne żyjątka, takie jak jeżowce, czy rozgwiazdy. Strażnicy przed wejściem opowiadają, które z nich można dotykać! Dodatkowo na plaży jest mnóstwo mew oraz wylegujących się fok. Bardzo fajne miejsce!

Podróż wzdłuż wybrzeża pełna jest ciekawych zakamarków. Kolejnym punktem jest Devil’s Churm – wąski wyłom skalny, w którym oceaniczna woda szaleńczo rozbija fale. Patrzymy jak zahipnotyzowani, woda omal nie moczy nas od stóp do głów. Magiczne!

Następny przystanek to mekka fotografów w Oregonie – Thor’s Well, czyli studnia Thora. Skały utworzyły w tym miejscu pionowy tunel, do którego woda bardzo malowniczo spływa i jest efektownie wyrzucana z powrotem do góry. Jest tam mnóstwo ludzi ze statywami, głównie niestety niezważających na innych Azjatów, trzeba uważać, bo to miejsce może być bardzo niebezpieczne. W tej okolicy oprócz Thor’s Well jest jeszcze kilka innych ciekawych atrakcji – w jednym miejscu ocean uderza o ściany dudniąc niczym bębny, w innym w wąskim skalnym tunelu fala robi takie ciśnienie, że trąbi niczym trąbka. Niesamowite!

Ostatni punkt na dzisiaj to Heceta Head Lighthouse – malutka latarnia z różowym dachem. Opuszczamy Oregon i wkraczamy do Kalifornii. Dzisiaj nocleg na campingu Panther Flat Campground – stąd już blisko do sekwoi!

Yaquina Head Light

Yaquina Head Light

Yaquina Head Light

Dotykamy jeżowce!

Thor's Well

Thor’s Well

Heceta Lighthouse

Gdzieś na wybrzeżu

17 czerwca – Redwoods

Czas na drzewa! Dużo drzew! Dużo DUŻYCH drzew! Zwiedzamy parki stanowe w ramach Redwood National Park, w którym znajdują się najwyższe drzewa świata: właśnie redwood, po polsku nazywane sekwojami wieczniezielonymi.  To inna odmiana sekwoi w porównaniu do tych, które można zobaczyć w Parku Narodowym Sekwoi – tam znajdują się największe drzewa pod względem objętości. Ale to w Redwood NP rosną te wyższe, w tym mające ponad 110 m wysokości najwyższe drzewo na świecie: Hyperion.

Na początek ruszamy na szlak Stout Grove, który polecono nam w Visitor Centre. Jest rewelacyjny – to dość gęsta ścieżka pośród olbrzymich drzew. Droga dojazdowa do szlaku niestety nie jest utwardzona i dojazd zajmuje chwilę, ale bardzo warto – polecamy!

Podążając dalej na południe zjeżdżamy z głównej autostrady na równoległą i bardziej malowniczą Newton B. Dury Scenic Pkway. Tam zatrzymujemy się przy Dużym Drzewie (Big Tree, co za wymowna nazwa) oraz na Elk Praire, na której wyleguje się całe stado jeleni!

Robimy jeszcze jeden, upatrzony wcześniej szlak: Lady Bird Johnson Grove Trail, który jest przyjemny, ale jednak Stout Grove podobał nam się dużo bardziej.

Ostatni punkt to przejazd Avenue of the Giants – kolejną alternatywną do autostrady trasą. Ależ ona jest fotogeniczna!

Widokową trasą zjeżdżamy z gór na wybrzeże. Dziś jest ten jeden dzień, kiedy nie mamy zaklepanego noclegu – pech, że to sobota i dosłownie wszędzie (i na campingach i w hotelach) wszystko jest pozajmowane! W końcu znajdujemy jedno z ostatnich miejsc na jednym z prywatnych campingów w Fort Bragg. Jednak polecam robić rezerwacje wcześniej i nie martwić się potem o takie rzeczy 🙂

Stout Grove

Na szlaku Stout Grove

Avenue of the Giants

Avenue of the Giants

18 czerwca – North California Pacific Coast, wracamy do San Francisco

Pogoda iście kalifornijska – jest cieplej i zdecydowanie słoneczniej, ale jest to również niedziela i amerykański Dzień Ojca, co odczuwamy przez cały dzień stojąc po drodze w korkach i czekając wieczność na obiad w restauracji.

Zaczynamy od klifów w Jug Handle State Reserve. Jest tam fajna ścieżka wzdłuż klifu nad oceanem, piękne widoki, w tym takie na niżej położone plaże i most.

Postanawiamy zatrzymać się też w latarni Point Arena, która jest w porządku, ale znajduje się na dość płaskim terenie, więc widoki z góry nie są zbyt spektakularne, a tracimy tam sporo czasu.

Docieramy także do kolejnego miejsca na fotograficznej mapie Przemka: Cypress Tunnel. Słońce jest już nisko, więc warunki do zdjęć są super. Po drodze spotykamy rodzinę skunksów!

Przez objazdy na trasie do San Francisco dojeżdżamy tuż po zachodzie słońca. Nie możemy doczekać się widoku mostu Golden Gate – do tej pory z bliska zawsze widzieliśmy go raczej w chmurach. Kiedy wyłania się zza zakrętu w całej okazałości, na tle nieba w blue hour oboje piszczymy z radości 😉 To idealne zwieńczenie tego roadtripa!

Jug Handle State Reserve

Jug Handle State Reserve

Point Arena Lighthouse

Latarnia Point Arena

Cypress Tunnel

Cypress Tunnel

tropimy-2017-pnw-golden-gate-fb-6

Golden Gate tuż po zachodzie słońca

19 czerwca – powrót

Samolot mamy dopiero o 13, więc mamy jeszcze czas na spokojne śniadanie – jemy je w tym samym miejscu co pierwszego dnia. Obsługuje nas ta sama kelnerka, która zwraca się do nas per kids, nawet chyba zamawiamy to samo. Jest idealnie! Można planować kolejny wyjazd! 🙂


Kilka uwag na koniec

Pacific Northwest – kiedy jechać?

Najlepiej pomiędzy początkiem czerwca a końcem września. W czerwcu może być jeszcze dość chłodno, a także (jak w naszym przypadku) śnieżnie i część atrakcji i dróg będzie jeszcze zamknięta. Tego niestety nie da się za bardzo przewidzieć. W lipcu i sierpniu pogoda powinna być lepsza, ale ludzi na pewno będzie więcej, więc rezerwacja noclegów będzie utrudniona i pewnie trochę droższa. Wrzesień wydaje się zatem idealny na taką wyprawę, ale tu z kolei (latem z resztą też) mogą zdarzyć się letnie pożary, które same w sobie spowodują zamknięcie dróg i parków, a tereny otwarte mogą być spowite kłębami dymu, co również utrudni zwiedzanie. Nie ma zatem dobrej odpowiedzi, jak osobiście jednak preferuję początek sezonu.

Ile czasu przeznaczyć na roadtrip?

Powyższa trasa to 16 dni objazdu i gdyby pogoda wszędzie była dobra – to byłoby idealnie, ale oczywiście lepiej dorzucić do tego jeszcze kilka dni. Gdyby nie zalegający śnieg i ograniczenie czasowe chętnie dorzuciłabym po jednym dniu na:

  • Park Narodowy Lassen Volcanic,
  • okolice jeziora Shasta,
  • Park Narodowy Mount Rainier i okolice
  • Park Narodowy Olympic,
  • Seattle: jeśli nie byliście jeszcze w tym mieście to bardzo polecamy wizytę w fabryce samolotów Boeinga Future of Flight – to nasz numer 1! my sami chętnie dorzucilibyśmy tam jeszcze jeden dzień na wycieczkę po lokalnych mikrobrowarach i mecz baseballa, w pobliskiej Tacomie jest także LeMay – America’s Car Museum, w którym podobno jest ciekawa kolekcja starych amerykańskich samochodów,
  • ewentualną wycieczkę po kalifornijskich winnicach.

Podczas planowania swojego roadtripu rzućcie okiem na te teksty:

Jeśli szukacie innych tras po Stanach to sprawdźcie, jak wyglądały nasze 3-tygodniowe roadtripy po wschodzie USA i zachodzie USA.

Jug Handle State Reserve

Pozdrawiamy!


Jeśli spodobał Ci się ten tekst - zostań z nami!

Nie przegap niczego!

Zapisz się na nasz newsletter!