Podsumowania roku miało nie być, ale jednak je piszę. Może przeglądając zdjęcia ze świata spojrzę na ten rok życzliwszym okiem.

Dzisiaj rano leżałam w łóżku i patrzyłam na naszą „podróżniczą galerię”. Dwa miesiące temu w końcu postanowiliśmy urozmaicić niemal pustą ścianę naprzeciw łóżka w sypialni. Do tej pory wisiała na niej jedynie moja ulubiona mapa świata wykonana z drewna. Teraz otoczona jest przez kilkanaście mniejszych i większych ramek ze zdjęciami i pamiątkami z podróży. Zatem leżałam pod jeszcze ciepłą kołdrą i patrzyłam na te piękne widoki i miejsca i doszłam do wniosku, że może jednak napiszę to podsumowanie. Bo wiecie co? Dzięki tym widokom zrobiło mi się trochę lepiej.

No bo jest tak. Zawodowo dla nas obojga to był bardzo dobry, stabilny rok, absolutnie nie mamy na co narzekać. Ale prywatnie dwa tysiące szesnasty dał nam ostro w kość. I to kilka razy. Ani o pracy, ani o prywacie pisać nie będę, zatem skupię się na trzecim – podróżniczym aspekcie tego roku, bo on koi moje serce. Było naprawdę nieźle.

Większość urlopu wykorzystaliśmy już na początku roku – pod koniec stycznia polecieliśmy na Malediwy i Sri Lankę. To był nasz główny tegoroczny wyjazd. Pierwszy raz do Azji, pierwszy raz na egzotyczne wyspy. Wyszło bardzo fajnie – uciekliśmy od polskiej zimy i pierwszy tydzień ładowaliśmy akumulatory na lokalnej wyspie Huraa na Malediwach, opalając się i podziwiając morską florę i faunę.

Huraa

Huraa

Podglądając kraby

Podglądając kraby

Huraa

Huraa

Przez kolejne ponad dwa tygodnie jeździliśmy po Sri Lance wynajętym samochodem (pierwszy raz po lewej stronie!) odkrywając jej liczne uroki. Świątynie, ruiny, piękne plaże, góry, safari w parkach narodowych to było dokładnie to, czego było nam wtedy potrzeba. I chociaż nie zapałaliśmy miłością do lankijskiej kuchni (podobno najostrzejszej na świecie!) to i tak poznaliśmy kawałeczek Azji i będziemy odkrywać ją dalej.

Makak jedzie z kokosem

Makak jedzie z kokosem

plaża niedaleko hotelu

plaża niedaleko hotelu

pociąg osobowy do Badulli odjedzie z Ella z toru pierwszego przy peronie pierwszym

pociąg osobowy do Badulli odjedzie z Ella z toru pierwszego przy peronie pierwszym

Potem było trochę spokojniej. W kwietniu pojechaliśmy ponownie do Cieszyna na wymianę wiedzy i plotki z innymi blogerami podróżniczymi.

W połowie maja wyskoczyliśmy na weekend do Biebrzańskiego Parku Narodowego, gdzie zrealizowaliśmy nasz wspólny prezent na podwójne 30. urodziny. Nasi wspaniali rodzice sprezentowali nam lot balonem dla 2 osób. Widok Biebrzy o wschodzie słońca wijącej się niczym wstążka rzucona na łąkę – niezapomniane przeżycie. Sprawdźcie sami:

Weekend Bożego Ciała spędziliśmy na Suwalszczyźnie, gdzie wreszcie udało nam się rowerem objechać Wigry! Jesteśmy z tego niezwykle dumni, bo długie rowerowe włóczęgi to nie jest nasza specjalność, ale czasami Przemek daje się namówić na dłuższe lub krótsze wycieczki.

W czerwcu najpierw wyskoczyliśmy na weekend do Poznania na Blog Conference Poznań. Potem oszczędnie korzystając z urlopu pojechaliśmy na 6 dni do Włoch – świętować moje wielkie włoskie urodziny. Objechaliśmy jezioro Como, byliśmy w Villi del Balbianello, gdzie nagrywali niektóre sceny ze pierwszych Gwiezdnych Wojen, zajrzeliśmy do Mediolanu i Genui. Ale przede wszystkim odwiedziliśmy malownicze i kolorowe Cinque Terre. Zdjęcie Vernazzy – jednego z pięciu miasteczek wchodzących w skład Cinque Terre wisi nad stołem w salonie i wprowadza mnie w wakacyjny włoski nastrój.

Katedra w Mediolanie

Katedra w Mediolanie

Bellagio

Bellagio

Vernazza

Vernazza

Lipiec, sierpień i wrzesień przepracowaliśmy robiąc tylko niewielkie wyjazdowe przerwy miedzy innymi na wyjazd do Gdyni na konferencję SeeBloggers i na Mistrzostwa Europy w Małej Lidze Baseballowej w Kutnie (polecamy!) i spędzając sporo czasu na rowerze eksplorując nowe trasy w stolicy.

W październiku znowu spędziliśmy blogerski weekend w Cieszynie, a w listopadzie doczekałam się tygodnia w Nowym Jorku. Przemek chyba doszedł do wniosku, że rok bez wyjazdu do Stanów jest rokiem straconym i tym samym to był jego 4. rok z rzędu w USA. Zaliczyliśmy jesień w Central Parku i spędziliśmy fantastyczny tydzień zakochując się w tym mieście chyba jeszcze bardziej i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wrócimy tam na pewno jeszcze nie jeden raz.

Liberty Island

Widok na Dolny Manhattan z Liberty Island

Central Park

Teraz kończy się grudzień, żegnamy 2016 i wypatrujemy 2017 mając nadzieję, że będzie dla nas łaskawszy. I o ile podróżniczych marzeń mamy dużo to… nie mamy żadnych konkretnych planów. ŻADNYCH. W Nowy Rok wchodzimy z pustą kartą i zobaczymy, dokąd i na jak długo wyjedziemy.

Oby 2017 był lepszy od 2016!


Jeśli spodobał Ci się ten tekst - zostań z nami!

Nie przegap niczego!

Zapisz się na nasz newsletter!